Kraje Bałtyckie – Litwa, Łotwa, Estonia – potwierdziły zgodnie, że Rail Baltica jest dla nich priorytetem.
Kolejowe połączenie Skandynawii przez Polskę, Słowację z Bałkanami, Morzem Czarnym i Śródziemnym jest częścią szerszego planu. Są to połączenia drogowe (na szczęście prawie zbudowane za czasów PiS) oraz Trójmorze – zastopowane przez Koalicję 13 grudnia.
Pisaliśmy już o tym kilkakrotnie, a niedawno o tym, że polskie ministerstwa odwołują przetargi na budowę odcinków Rail Baltica, a tam, gdzie one nadal trwają – zamykana jest droga dla ofert polskich firm.
Ale działania rządu Tuska to oczywiście część szerszego planu Europy, a zakulisowo Berlina. Chodzi o to, by nie powstała gospodarcza sieć współpracy północ-południe, konkurencyjna dla osi wschód-zachód.
Najnowszy przykład to ten, że Europejska Izba Obrachunkowa – niezgodnie z prawem – odmówiła Litwie pieniędzy (przyznanych już wcześniej) na litewską część Rail Baltica. W tej sytuacji Litwa zdecydowała się wyłożyć potrzebne środki z własnego budżetu.
Z kolei Łotwa wzywa kraje regionu, żeby razem naciskały na wsparcie Rail Baltica przez Unię. Polska jednak pozostaje głucha.
Bo Polska działa odwrotnie – Piotr Malepszak z Ministerstwa Infrastruktury zapowiedział, że Polska przesuwa Rail Baltica na … 2024 rok! Czyli święty nigdy.
Na szczęście za rok Malepszak zniknie w odmętach politycznej niepamięci, a Rail Baltica musi zostać ukończony.


