Obserwator polskiej edukacji OKE – Okiem Krytycznego Egzaminatora, tłumaczy, jak niszczy się polską szkołę
„Szkołę rozbraja się dziś powoli i konsekwentnie. Nie spektakularnymi decyzjami, lecz drobnymi przesunięciami granic, które razem składają się na jeden obraz: szkoła ma uczyć, ale nie ma prawa wymagać.
Najpierw odebrano nauczycielom możliwość egzekwowania przygotowania do zajęć. Brak zeszytu, brak pracy, brak elementarnych obowiązków przestał być problemem ucznia, a stał się „sytuacją, którą należy uwzględnić”. Nauczyciel ma prowadzić lekcję niezależnie od wszystkiego. Odpowiedzialność zostaje, narzędzia – znikają.
Potem przyszła kolej na wygląd. Statuty szkół nie mogą ingerować w fryzurę, strój. I formalnie wszystko się zgadza: szkoła nie jest od oceniania estetyki ani narzucania jednego wzorca. Problem polega na tym, że razem z estetyką wyrzucono za burtę możliwość reagowania na kontekst.
Bo nie chodzi o to, jak ktoś wygląda „w ogóle”. Chodzi o to, czy w danej sytuacji szkolnej można jeszcze powiedzieć: „to nie jest adekwatne”. Coraz częściej – nie można. Nie dlatego, że jest to krzywdzące, lecz dlatego, że zostałoby uznane za ingerencję w wygląd ucznia.
Efekt widać w codziennych, zupełnie przyziemnych sytuacjach. Długie, sztuczne paznokcie na lekcji wychowania fizycznego nie są kwestią gustu ani światopoglądu. A jednak nauczyciel coraz częściej nie ma narzędzi, by to nazwać – bo każda próba komentarza może zostać odczytana jako przekroczenie kompetencji.
Podobnie jest podczas szkolnych uroczystości. Rozpoczęcie roku, zakończenie, akademia. To nie są „pokazy mody”, ale też nie są zwykłe przerwy międzylekcyjne. A jednak coraz trudniej wytłumaczyć, że strój w takiej sytuacji coś komunikuje, że istnieje różnica między codziennością a wydarzeniem oficjalnym. Szkoła może to co najwyżej przemilczeć – bo nie ma prawa ingerować.
Szkoła nie tylko traci narzędzia. Ona traci prawo do interpretowania sytuacji. Nie może powiedzieć, że coś w danym kontekście jest nie na miejscu, bo natychmiast wchodzi w obszar „wolności osobistej”. W ten sposób każda norma zostaje rozbrojona zanim zdąży się pojawić.
Szkoła bez norm to szkoła bez wychowania. Nie dlatego, że chce kontrolować, lecz dlatego, że wychowanie zawsze polega na pokazywaniu różnic: między tym, co prywatne, a tym, co publiczne; między tym, co codzienne, a tym, co oficjalne; między „mogę”, a „wypada”.
Jeśli nawet tego nie wolno już nazwać, to szkoła przestaje przygotowywać do życia społecznego. Zostaje tylko przestrzenią, w której wszyscy są obecni, ale nikt niczego od nikogo nie oczekuje.
I nie jest to efekt jednego błędu. To logiczna konsekwencja systemu, który boi się każdej granicy bardziej niż braku sensu.”
ODPOWIEDZIALNOŚĆ – w pierwszym rzędzie duet Nowacka – Staszek Lubnauer. Nie tacy nieudacznicy, na jakich wyglądają!
Ale oczywiście też cała Koalicja 13 grudnia

